Książki PDF za darmo

Dobre darmowe ebooki do pobrania Docer Doci Pdf – X

W zawierusze życia – Marzena Clohessy

Zbiór opowiadań, w którym mieszają się odważna wizja kobiecości, mityczne opowieści i symboliczny zapis walki z chorobą. Marzena Clohessy sprytnie oddaje uczucia swoich bohaterów i przeróżne stany wewnętrzne, tworząc miniatury, które pałaszuje się niczym słodko-gorzkie cukierki.

„Złowotwór – karkinoma”

Listopad 2019

Wspominał o mnie już Hipokrates, ojciec medycyny. Pisano o mnie na papirusach, Imhotep – lekarz i architekt – mówił o mnie jako o tworze bąbelkowatym, twardym i zimnym. Zauważył też, że potrafię się szybko rozprzestrzeniać. Herodot nazwał mnie złośliwym, ale przedstawił pozytywny wynik leczenia u Atossy – córki króla Cyrusa. Zoperował mnie wtedy Demokedes, udało mu się pozbyć mnie w całości. Hipokrates spędził lata, starając się mnie poznać. Wskazał na moje podobieństwo do kraba. Odkrył też, że leczenie operacyjne w moim przypadku niewiele daje. Dopiero Aurelius Celsus zauważył, że rosnę w kilku etapach. Można mnie operować we wczesnym okresie.

Czasy średniowieczne – wieki ciemne – zahamowały to zainteresowanie mną. Leczenie chirurgiczne uważane wtedy było za barbarzyństwo. Zabrałem mnóstwo istnień, młodych i niemłodych, bogatych i biednych, bo ja nie patrzę na stan. Wgryzam się w kobiety samotne i matki. Szybko i niepostrzeżenie rozmnażam się, zachłannie opanowuję ich ciała, robię sobie tam swój dom. Żywię się nimi, ich zmartwieniami i radościami, ich osiągnięciami i upadkami, ich marzeniami i rzeczywistością.

Odrodzenie przyniosło ponowne zainteresowanie mną i moją naturą. Francuz Ambroży Pare wycinał mnie w pierwszym stadium. A Marko Severino zaczął już odróżniać mnie od guzów łagodnych. I tak zaczęli mnie operować, zabierając kobietom piersi, ich atrybut kobiecości. Okaleczając je, powodując nieustanny ból przy każdym ruchu. Sprawiając, że są tylko w połowie kobietami, jakimiś dziwnymi tworami z płaską klatką piersiową. Nie pozwalając im nigdy wrócić
do poprzedniego życia.

Zostawiam na ich ciałach stygmat, który tak bardzo starają się ukryć. Żyją z lękiem przed jego ujawnieniem. Ich mężowie starają się nie ujawniać uczuć, być podporą, ale wiedzą, że przede mną nie ma ucieczki. Tasuję ludzkie życia jak karty i rozdaję je tak, jak mi się podoba. Chwytam je i ciągnę ze sobą, co jest łatwe, bo idą posłusznie. Zabieram je w miejsca, które nie należą do nikogo. Mówią, że nie tak sobie to wszystko wyobrażały, a właściwie, że nie wyobrażały sobie tego w ogóle. Udają, że nic się nie stało, odwracają wzrok, nie podnoszą głowy. Mijają kolejne lata, a może wieki, a ja grabię ludzkie istnienia jak suche liście, nie patrzę na nie, nie mam odwagi ich widywać. Nudzę się nimi szybko. Niby zaciekawiony, bez żadnej reakcji przyglądam się tym maszynom, ich ciałom, w których sam się osadzam i czekam za każdym razem na te słowa: – Dzień dobry, niezmiernie mi przykro ale… ma pani raka.

Pobierz, klikając w dowolną reklamę na stronie

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *